Rajd Północ-Południe

Moje quadowanie i PP. To jeszcze rajd czy styl życia?

Nadszedł czas i na moją obszerną relację z rajdu.

Kiedy dowiedziałem się o rajdzie dostałem od razu gęsiej skórki. Wiedziałem, że będzie to najważniejsza impreza w tym roku i na drugi dzień wysłałem zgłoszenie. Namówiłem swoich dwóch kolegów Pawła i Tomka. Skoro mieliśmy team trzeba było poczynić przygotowania. Zbliżał się grudzień 2010 r. Złożyłem sobie zobowiązania na nowy rok już na początku grudnia. Rajd okazał się świetną okazją do zmian w moim życiu. Zmienił je radykalnie. Rozpocząłem plan treningowy, 4-ro miesięczny, który rozpisałem sobie na początku grudnia. Rozpocząłem też dietę.
Przez owe 4 miesiące harowałem jak wół. Śnieg, deszcz, błoto a ja albo na siłowni albo na basenie albo w biegu. W sumie zgubiłem ponad 20 kg masy tłuszczowej a przybyła mi spora część mięśni. Ćwiczenia były bardzo wyczerpujące bo na wytrzymałość a nie na siłę. Planu przestrzegałem w 100%. Efekt? Na koniec dystans 15 km biegu czy ok 3 km pływania nie stanowił problemu. Ci co mnie znają wiedzą jak się zmieniłem zewnętrznie. Następnym etapem to było rozjechanie się na quadzie. Szło bardzo dobrze. Jednorazowy dystans 300 km na quadzie wciągałem „nosem”. Samo przygotowanie sprzętu zajęło mi ok tygodnia. Pełny remont zawieszenia, nowe klocki itp. Świetnym pomysłem był tydzień wcześniej GER w Żaganiu. Tam pojechaliśmy grupą i już wiedziałem, że jazda w kolektywie jest sprzeczny z moimi założeniami i grupa zawierająca więcej niż jednego quada jest za wolna. Niestety. Zająłem tam 25-te miejsce co nie jest dobrym wynikiem ale biorąc nasz autobus 5-cio quadowy lepiej się nie dało.

W końcu nadszedł tydzień PP. Zaniechałem wszystkich treningów. Organizm wypoczęty, spragniony wyzwań w czwartek rano wyruszył w kierunku pomorza. Wieczorem dojechaliśmy. Po drodze czułem jak rośnie adrenalinka, ekscytacja rajdem. Bardzo, bardzo miłe uczucie. Podniecenie nie mijało do samego startu. Założyłem sobie parę rzeczy, które były dla mnie świętością:
bezpieczeństwo i zdrowie
dać z siebie wszystko tak aby po powrocie do domu nic sobie nie zarzucić
ukończyć rajd
nie dać się pokonać ciśnieniu i wrzucić na luz, bo ciśnienie niszczy sport i zabawę.

W motelu dołączyła do nas zaprzyjaźniona grupa z „Wałbrzycha”. Pozdrawiam ich tutaj serdecznie.
Specjalnie wybraliśmy oddalony o 8 km od głównego Hotelu i bazy motel, w którym spokojnie położymy się spać. Niestety nie udało się. Adrenalina buzowała, humor dopisywał i skończyło się na integracji. Nawet dość dużej. Na drugi dzień byłem pewien podziwu co jod w powietrzu robi z organizmem. Pełny uśmiech i zadowolenie, zero wiecie czego.
Jedziemy do bazy a tam d---pa. Mamy wyznaczoną godzinę na 11.30. Wracamy i robimy naradę co do paliwa. Ustalamy że będzie 20 l na quadzie plus zbiornik (jak się potem okaże mogło być mniej). Wraz z moją skromną ekipą serwisową w postaci niezawodnego Kamila i 16-to letniego peugeota stawiamy się na start. Patrze na wóz 2cana i po raz pierwszy popadam w kompleksy. CO JA TU ROBIĘ MYŚLĘ... Załatwiam Findera i tutaj wielkie podziękowanie dla 2CANA-a. Co by robili nasi kibice jakby tego nie było. Ile więcej było by niedomówień? Potem kolejka do odbioru serwisowego. Ślamazarne tempo. 2 panów i 50 quadów. Zaraz coś tu nie tak? Liczę i liczę i liczę coś za dużo. Dowiaduję się, że lista rezerwowa została dopuszczona. Taaaaa....
Ciśnienie niektórym już robi wodę z mózgu, wciskają się na odprawę, poganiają biednych czipujących a ja jak ten pies podążam za nimi, blisko nogi prosząc się przez 1,5 h o zaplombowanie quada. Tutaj nie mogę wspomnieć o grupie z Poznania, która zaskoczyła mnie swoim niestety moim zdaniem głupim pomysłem z wożeniem cysterny na tylnym bumperze na Reni. Całe 75 litrów benzyny plus waga kanistrów da spokojnie ponad 80 kg. Czyli jak jazda z pasażerem, nie pasażerką bo one zazwyczaj są lżejsze  Oglądam, chłopaki nie zdradzają sposobu działania ale widzę wszystko połączone wężykami, widzę pompki czyli jazda bez tankowania, bez postoju. W sumie nie dziwię się tyle kilogramów to i tak będą jechać powoli więc szkoda tracić czas na cpn-y. Sorry chłopaki z Poznania bo fajna z Was ekipa (szczególnie Ci z Żagania) ale jeszcze Wam dowalę.  Czy ktoś z Was pomyślał co by było kiedy któryś z wężyków by pękł, wysunął się. Całość spłynęła by w dół, prosto na ziejący ogniem wydech. Poczulibyście gorąco na plecach i jak byście się zatrzymali, owy ogień by Was dogonił i ... Pół pierwszego odcinaka zastanawiałem się czego nie zabrałem gaśnicy?

Wracając do tematu rajdu. W końcu maszyna zaplombowana – trzy plomby: jedna na ramę, jedna na GPS-a i jedna na rękę. Finder sprawdzony u 2cana, wszystko gotowe. O 16 odprawa ale patrząc na obsuwę plombowania będzie z 2 h opóźnienia. Jedziemy na obiad i przebieramy się w Hotelu we właściwe ciuchy. Po drodze dowiadujemy się iż pomimo mnóstwa osób, które czekają na plombowanie odprawa się odbyła. Stajemy na starcie. Pogoda kiepska, na pocieszenie przestało lać ale zimno. Ubrałem zimowe ciuchy i buty. Temperatura ok 5 st Celsjusza. Widzę wiele Hond i myślę sobie co my tu tymi traktorkami ogrodowymi robimy. Bomby obok prężą swoje mięśnie, ryczą, lansują się. Kontrast olbrzymi. Myślałem, że choć wylansuję się swoją owiewką – guzik stoją bomby, polarisy z owiewkami 2 razy większymi. Znowu to samo moja Honda zawstydziła się i zaczęła prychać. Zawsze robi tak jakby dostawała uczulenia na amerykańskie quady, jakaś alergia albo kompleksy. W między czasie przemili panowie z redbula przeglądają moją skrzyneczkę, opisują co tam jest, podaję szczegółowy spis zawartości, robią fotki – mili goście.

Nasze numery startowe są ustawione na siódmą z minutami. Wyruszamy z Jastrzębiej Góry w kierunku Zakopanego. Ruszam, za mną Paweł i Tomek. Jedziemy ok 6 km i Tomka brak. Czekamy. Wyprzedzają nas kolejne i kolejne quady. Dowiadujemy się , że po drodze koła mu odpadły, sobie jechał w jedną stronę a koła pojechały w inną. Wywalił dzwona i strata ponad pół godziny. W tym czasie nawet rowerzyści nas wyprzedzili, komary muchy i inne gady. Jednego byłem pewien. JESTEŚMY OSTATNI! BUUUUUUU....
W końcu ruszamy. Niestety nasze tempo jest wolne i zaczynam się męczyć. Co kawałek muszę czekać. Czuje, że zamiast odrabiania strat ona rośnie coraz bardziej. Przypomina mi się Żagań. Znowu obsuwa ! Zatrzymujemy się i oświadczam chłopakom, że dalej jadę sam. Tyle przygotowań, czekania, kasy i takie tempo. Nie da rady. Boję się bardzo ale podejmuję świadomą decyzję. Ruszam w pogoń. Pierwsze quady dochodzę jeszcze przed wąwozem. Dojeżdżam do przeprawy i nie wierze wszystkie quady stoją przede mną. Niedopuszczalne jest robienie takiej trudnej przeprawy zaraz po starcie. Wszyscy się kotłują, najlepiej mają pierwsze quady najgorzej ostatnie czyli ja. Chłopaki z Wałbrzycha nawijają przez komórki. Szukam innego przejazdu. Ryzykuje, zjeżdżam w dół. Nie wiem co mnie tam spotkam ale jak nie spróbuje to się nie przekonam. Przejeżdżam przez mega błotko i już jestem na pieczątce. Potem podjazd. Trzy drogi. Ta najbardziej zabłocona, mega zabłocona wolna, inne zapchane przez quady. Rozwijam lifta, cztery przepięcia i jestem na górze. Ufff... Cały mokry, pot się leje. Myślę sobie co to k___a jest? Jak tak będzie wyglądała cała trasa to ja jadę do domu. Gaz do dechy i po 2 km świeci się moja najukochańsza kontrolka od przegrzanego silnika. Ja P_____lę ! Początek rajdu i taaaki kolejny pech! Jadę stając co kawałek i teraz to już nawet mrówki są szybsze, bez kitu... K---wa! Nauczyłem się w życiu szybko podejmować decyzję więc postanawiam zjechać z traka i szukać pomocy o rolników. Wypatruje dużej wioski w Garminie a tam szukam największego gospodarstwa. Wlatuję na podwórko i kręcę bączki. Wyskakuje zaspany rolnik. Informuję go, że nie opuszczę jego posesji do momentu jak nie użyczy węża z wodą. Wywalam mu wszystkie moje żale. Śmieje się ze mnie i idzie do obory a tam, o MATKO widzę wąż z wodą. Myję sobie quada a na podwórku już cała zaspana rodzina. Babcia proponuje mi kolację, inna Pani kawę, rolnik świeci mi czołówką obym dobrze wypłukał, inna pani przynosi miskę z ciepłą wodą, mydłem i ręcznikiem. Kaszubi kocham Was, jesteście wspaniali ! Oczywiście zostało przeprowadzone pełne omówienie quada plus wszystkich gadgetów plus pokazanie im ich domu w garminie. Było bardzo miło chętnie bym został ale spadam, nisko się kłaniając i dziękując serdecznie.
Wracam na trak i rozpoczynam szaleńczą pogoń. Zaczynam wyprzedzać quady. Przy 30tym przestaje juz liczyć. Ścigam się z bombami. Na asfalcie dostaje niezłe lanie, 95 vs 120 robi różnicę , ale już w terenie to co innego. Honda frunie niczym poduszkowiec, zupełnie nie zauważając dziur, wertepów i ... bomb. Robi swoje a ja jej nie przeszkadzam  Tempo jest niezłe ale nie jadę na maxa. Po drodze przyłącza się kolega z Olsztyna na G700. Nie wiem jak miał na imię. Lecimy naprawdę sporo dystansu, razem tankujemy. Oczywiście walka fairplay nie obowiązuje wszystkich. Tutaj moje pytanie to kierowcy na G700, który miał założony czarny kombinezon z jakimś napisem czerwonym i podążał z rinconem 680 : Co chciał tym uczynić, że przez długi czas nie pozwalał się wyprzedzić pomimo mrugania mu moimi LEDAMI? Jechał środkiem, z tylnym napędem i mam wrażenie, że celowo zarzucał tyłem aby spowodować jak najwięcej kurzu? PO CO? Dogoniliśmy go w mgnieniu oka, w końcu po wyjeździe na asfalt objechaliśmy ich i po paru minutach już nas nawet nie widział. Ech baran z niego...

Tempo mam stałe i nie odpuszczam, zero zmęczenia, humorek dopisuje, ogólnie fajnie jest ! Honda wydaje dziwne dźwięki, jęki jak by zaraz miała się rozpaść. Ale to tylko pozory. Gniotsja nie łamiotsja. One tak mają. Twarda sztuka a jak daleka od bulgotu dwucylindrowców...
Zaczyna świtać. Zbliżamy się do Warszawy. Podczas tankowania kolega na Grizzlim wygląda kiepsko, jakiś blady taki, oczy podkrążone - widać zmęczenie. A ja jakiś głupi cieszę się i chcę dalej. Energia mnie rozwala. Po drodze widzimy bombę , na której jeden z uczestników po prostu śpi na siedząco. Biedaczek. Jednego może być pewien, że mu quada nie podpier___ą  Widzę po czasie, że chyba go obudziliśmy bo się podkleił. Zostało może z 50 km, podkręcam tempo. Moi współtowarzysze znikają gdzieś z tyłu, tracę kontakt. Dużo asfaltu w końcu wpadam do Kuklówki myśląc o tym grilu co na mnie tam czeka. A tutaj wariat Shayba wymyślił sobie przeprawę. Jakoś poszło. Na miejscu patrze a tutaj mało quadów. Gdzie reszta? Nie dojechała słyszę. Mój serwis niestety zawiódł i obiecanej kiełbaski nie było ale były kanapki, ciepłe picie. Zrobiliśmy szybką wymianę oleju, badania lekarskie ( wynik zdrów jak ryba, patrzą na mnie jak na wariata, jak na cyborga ). Nie kładę się spać bo nawet ani specjalnie nie jestem zmęczony ani śpiący. Przychodzi mnóstwo osób. Poznaje forumowiczów. Jest sympatycznie. Udzielamy wywiadu do Tvn-u, chłopaki z redbula częstują nas energetykami. Potem jadę się schłodzić do bajorka, sesja filmowa i fotograficzna. Tak jak w niedzielę po południu. Miód. Przed startem słyszę „masz dobrą pozycję!”. Podobno była 6-ta. Liczę godziny i wychodzi mi, że jak przycisnę to jeszcze dzisiaj będę w Zakopcu. Zatem po starcie cisnę już na maxa, po drodzę trochę ścigania się z bombami. Tereny przepiękne, sady, długie proste, v max. Nigdy, przenigdy w życiu nie uwierzyłbym, że można tak szybko jechać quadem w terenie. Jakaś masakra. Przestrzeliłem parę zakrętów, nawigacja nie nadąża z przesuwaniem mapy. W miejscowościach dużo tracę, jest dzień, staram się zwolnić. Pozdrawiam rolników w zamian otrzymuję też pozdrowienia a czasem nawet jednym palcem  W jednej wiosce dostaje pomyjami, wszystko się klei, na polach traktorzysta próbuje mi zajechać drogę ale moja czerwona błyskawica jest szybsza. Takie swojskie klimaty. Idzie mi znakomicie, na cpn-ie pytam się ekspedientki kiedy był ostatni quad, mówi, że 6 minut temu a wiem, że dużo wcześniej wystartował, będzie mój myślę !
Potem dowiaduje się że szło mi znakomicie i ocierałem się o pudło

A teraz opis katastrofy:
Po wyruszeniu na drugi odcinek zniknęła mi mapa i został sam trak. Często popełniam błędy ale trzeba sobie radzić. Dolatuję do rzeczki i wychodzi z traka, że trzeba ją pokonać wzdłuż. Wędkarz, który sobie tam siedzi mówi:
„panie tu głęboko – trza bokiem objechać, dwa quady się utopiły” - ech myślę sobie jaki uczynny
omijam wodę i wpadam w bagno, dosłownie. Quad zatapia się po bumpery. Szybko z stamtąd uciekam, quad zostaje. Dzwonie do serwisu, żeby zakupił łopaty w markecie i przyjechał. Quad ustawiony przodem w kierunku bagna a drzew zero, tylko krzaki, nie ma mowy o wyliftowaniu się...
Jestem w ciemnej d___ie. Szybka decyzja - biegiem do wioski łapie rolnika: macie traktor? Łopaty? Siekiery? Tak? Bierzcie wszystko i jedziemy. Akcja odkopania kończy sie po godzinie. Jestem totalnie wypompowany i wyczerpany, pot zalewa mnie wszędzie. Jak ktoś kiedyś kopał w bagnie będzie wiedział o czym mówię i to szarpanie quada buuu... następne pół godziny mycie quada w rzece. A propos rzeki – głęboko było po kolana a przemiły pan okazał się wrednym prosiakiem i powiedział, że mu rybki straszymy!
Myślę sobie trudno takie życie, wszyscy tędy jadą a ja jako jedyny się pewnie dałem „wydymać.” jak widać ktoś musi!
Gaz i ogień do przodu przez całe 15 minut. Wpadam do wioski, wyłączam dyskotekę ledowo-xenonową, jadę 50 kmh i po czasie słyszę sygnał radiowozu. Zostałem nagrany ale nic z tego nie wynikło zatem stan techniczny quada będą mi sprawdzać. Pierwsze pytanie „ czy pan z rajdu PP?” ha myślę Policja pewnie obstawia imprezę, pewnie mnie puszczą ! Ech naiwny jestem bardzo, ale to bardzo... Mówię że „tak” a oni „no właśnie to bardzo dobrze” ! Po 20 minutach znajdują niesprawny kierunkowskaz, 1 sztukę, żarówka się przepaliła. Przyczepili się do lampek rowerowych, które przyczepiłem na quadzie aby zwiększyć bezpieczeństwo. W tym czasie przelatuje mnóstwo quadów, na ledach, xenonach ze znaczną prędkością a oni jakby ślepi! Zatrzymali jednego i poprosili aby wyłączył i w domu zdemontował a nade mną się pastwią. Dostaje całe 20 pln mandatu (nie mylić z dwustoma) i zabierają dowód więc dodatkowo piszą skierowanie na badania, dowód zastępczy. Pytają dlaczego rajd jest nielegalny i dlaczego nie mamy pozwolenia? Pytam się na co? Na poruszanie się drogą publiczną zgodnie z zasadami ruchu drogowego? Na poruszanie się drogami polnymi gdzie owe przepisy nie obowiązują? Już nie mają więcej argumentów, kończą pisanie i mówią, że się zabierają bo nic tu po nich. A ja mam kolejne 45 minut straty. Zaje___cie!

W tym momencie wydawało mi się, ze to największy mój kryzys w rajdzie... Trzeba jednak robić swoje, Zakopane blisko. Co tam co nas nie zabije to mnie wzmocni. Jadę ale już wolniej, nie będę wywoływał wilka z lasu. Dodatkowo wybili mnie z rytmu. Dojeżdżam do pewnej wioski, niestety nie wiem gdzie, jadę normalnie, na drodze staje „rolnik” jak sądzę nawalony. Rozkłada ręce na boki, nie zwalniam, rzuca mi pod quada jakieś gwoździe. Ostre hamowanie. Zatrzymuje się, schodzę z quada a on garda wysoko uniesiona i napada na mnie z łapami. Jest gorąco. W końcu udaje mi się od niego uwolnić, on krzyczy po kolegów a ja daję dyla. Cholera fatum jakieś czy co ? Co to k___a ma być apokalipsa jakaś czy co? Po pewnym czasie czuje, że nie mogę wcisnąć dźwigni hamulca, zatrzymuje się oglądam rękę. Już wiem, jest złamana. Niestety prawa. Bez przednich hamulców ciężko się jedzie. Zatrzymuje się i czekam na jakieś quady, ustawiam się za nimi w pewnej odległości i odpowiednio wcześniej hamuje tylko tyłem. Przestrzeliwuje parę zakrętów i już wiem, że taka jazda jest bardzo niebezpieczna. Kończy mi się paliwo. Zatrzymuję się i katastrofa. Ręka wygląda jak bochen chleba – nie jestem w stanie odpiąć kanistrów. Stosuje wcześniej wypróbowany sposób – wioska, rolnik, podwórko mocno „wstawiony” gość tankuje mi quada. Dojeżdżam do owego parku i widzę szlabany. Spotykam inną grupę, będą się przebijać pomiędzy drzewami. Ja nie jadę. Podjeżdżam pod lampę , nie mogę wyjąć ręki z rękawiczki, dłoń jest zmasakrowana wygląda jak nadmuchana rękawiczka lateksowa. Podejmuję decyzję – jadę asfaltem do Zakopca. Zostało mi 50 km do celu kiedy kciuk drętwieje mi całkowicie, nie mogę już w żaden sposób wciskać ani gazu, ani hamulca ani trzymać kierownicy. Z trudem wybieram numer do wozu serwisowego i proszę o pomoc, która szybko nadjeżdża. Postanawiamy nie jechać do Zakopanego a gdzieś w kierunku domu do szpitala. Ból się tak nasilił, że zjeżdżamy z A4 na wysokości Gliwic i szukamy chirurga. Już myślałem, że gorzej być nie może i wykorzystałem wszystkie możliwe limity ... W trzech szpitalach odmawiają mi udzielenia pomocy mówiąc, że nie ma lekarza odsyłając mnie do innego. Mam dość. Kamil zawozi mnie do Legnicy.
Po drodze odbieram mnóstwo telefonów z pytaniami co się stało, wiele osób życzy mi powodzenia, całą noc telefon dzwoni. Uprzedzam moich kolegów z teamu żeby uważali.
Tutaj kończy się moja przygoda z PP. Przebieg quada 1150 km. W szpitalu zakładają gips i dostaje L4 na 4 tygodnie plus rehabilitacja.

Nie mam żadnych pretensji do organizatora. Bo on tu nic nie zawinił. Oczywiście były niedociągnięcia i jak będzie miał tylko ochotę na polemikę co poprawić chętnie się wypowiem.


Jak widzicie działo się ostro! I to mi się podoba. Trzeba mieś sens i pasję w życiu. Inaczej siedziałbym z kolegami w pubie i wrócił nawalony nad ranem a tak będzie co wnukom opowiadać. Kiedy zapytacie mnie jaką szaloną rzecz zrobiłem w życiu opowiem Wam moją historię z PP.

Daniel Radzio (Pingwin)

 

 

 

Facebook