Rumunia 2010

Moja pierwsza wyprawa, ech ... śmiesznie się teraz to czyta...

 

Pomysł na wyjazd zaświtał nam gdzieś na początku roku 2010. Ustaliliśmy z Michałem mniej więcej ilość uczestników oraz cel podróży. Napisaliśmy post na forum. Zgłosiło się mnóstwo osób. Podobały nam się dwa zgłoszenia od Krzyśka, który od razu zastrzegł, że jeżeli będziemy oszołomami lub innego rodzaju wariatami to dziękuje nam. Drugi napisał Tomek, który dał się poznać jako osoba doświadczona i poważna. Zanim ostatecznie „zmontowaliśmy” grupę umówiliśmy się na parę wspólnych wyjazdów. Wyjazdy były niezobowiązujące i każdy mógł się wycofać z przedsięwzięcia. Okazało się jednak, że dobór grupy był trafny a z każdym przejechanym kilometrem nabieraliśmy do siebie większego przekonania i zaufania. W końcu ustaliliśmy wspólny termin wyjazdu, który każdemu z nas odpowiadał.

 

Zaczęły się przygotowania na maksa. No i zaczęło się... Gadżet gonił gadżet. Przeznaczony budżet został znokautowany już w przedbiegach i wszyscy wiedzieliśmy, że będzie niezła finansowa klapa. Brnęliśmy jednak dalej starając zaprzątać sobie głowę innymi tematami niż finanse. Kupiliśmy nawet prysznice terenowe, jeden z nas zabrał nawet paralizator na niedźwiedzie inny - „lanserski” zbiornik na paliwo, który całą wyprawę ciekł. Gazówki, butle, palniki, śpiwory, namioty, maty, menażki śniły mi się po nocach. Komputer w domu pracował pełną parą wyszukując w necie kolejnych gadżetów. I tak przez pół roku mieliśmy niezłą zabawę.

 

Co do przygotowań poza gadżetami to ja wziąłem na siebie przygotowanie zaplecza serwisowego + przygotowanie trasy. Adam opiekę medyczną. Michał został fotografem. Tomek został mianowany Ryzykantem wyprawy zgodnie z zasadą - „gdzie Tomek wjeżdża na siedzą tam my jedziemy na stojąco”, Krzysiek zajął się zaopatrzeniem grupy w akcesoria turystyczno-survivalowe, Paweł upiekł nam specjalny chleb na wyprawę, który wspominam do dzisiaj. Wiele by pisać ile wykonaliśmy telefonów, maili...

 

Z grupą spotkaliśmy się parokrotnie. Ostatnim szlifem był dwudniowy wyjazd z pełnym osprzętem w okolice Jeleniej Góry. Chcieliśmy być pewni, że wszystko mamy dopięte na ostatni guzik. Tam przetestowaliśmy pracę z linami, jazdę w grupie, środki łączności i nawet pierwszą pomoc.

 

Muszę tu wspomnieć wielkie poświęcenie z mojej strony, Pawła, Michała i Krzyśka. Wszyscy rozstaliśmy się ze swoimi quadami i przesiedliśmy się na Rincony 680. Tym samym zrobiła się niezła grupa hond. Aby jeszcze bardziej podkreślić, że jesteśmy zjednoczoną grupę – wszyscy ubraliśmy się tak samo. Tak też w pełni przygotowani, spakowani wyruszyliśmy w pierwszą w naszym życiu tak długą wycieczkę quadową.

 

Team w składzie: Ja (Daniel) HR680, Tomek HR 680, Paweł HR680, Krzysiek HR680, Adam Rubicon 500 i Michał HR 680 wyruszył w nocy 1718 września w kierunku Baia Mare. Były trzy grupy w każdym samochodzie po dwa quady. Każdy wyjechał o innej porze (różne prędkości samochodów). Ja jechałem z Krzyśkiem. Trasa mijała ekspresowo choć czasowo to 15 godzin jazdy. Emocje nie pozwalały zasnąć. Na wysokości Węgier w okolicach Tokaja (nawiasem mówiąc piękna okolica z dobrym winem, restauracje z menu w języku polskim) dogonili nas Tomek z Pawłem. Przed granicą z Rumunią dostaliśmy telefon od Michała, że kiedy Pani zobaczyła tylko quady zapytała się: „Baja Mare?” kiedy skinął głową puściła ich od razu. Z nami było podobnie. No stres. A tyle było gadania na temat sprawdzania numerów, papierów itp.

 

Wjeżdżamy do Rumuni i tutaj zaczyna się już prawdziwa relacja.

 

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Wymieniamy walutę i już pierwsze wrażenia: Rumuńskie a właściwie Cygańskie bose dzieci, które na kolanach żebrzą o pieniądze. Za rogiem widzimy ich rodziców którzy zabierają im wszystko co zebrali. Jedziemy dalej i szok: „kurde gdzie jest asfalt? Kto go zabrał?” Jedziemy może z 5 kmh omijając wyrwy w drodze. Kiedy Krzysiek manewruje pomiędzy nimi niczym titanic pomiędzy górami lodowymi ja skupiam się na tym co za oknem. Doznaje kolejnego szoku: widzę tylko lepianki i brud. Jakaś masakra! Jak Ci ludzie tutaj żyją? Myślę o matko co my tu robimy? W końcu wyjeżdżamy z tej dziurawej niczym ser szwajcarski drogi na normalny asfalt! Jedziemy, jedziemy. Ja mam nos przyklejony do szyby. Wiem że to już było ale doznaje kolejnego SZOKU: Co jest grane? Ta Rumunia to tak naprawdę nie różniący się znacząco od Polski kraj. Piękne domy, fajne „fury”, mijamy salon KTM-a, salony samochodowe.

 

Zaczynam wszystko rozumieć. Niestety do wyjazdu określenie typu „Rumun” było z mojej strony bardzo pogardliwe wobec rodowitych mieszkańców tego pięknego kraju. Rumuni to nie tylko Romowie. Wiem, wiem że jest mnóstwo przyzwoitych Romów (spora większość) ale są i tacy, którzy do dzisiaj prowadzą koczowniczy tryb życia. Inaczej nie da się tego nazwać patrząc na te pseudo domy czy namioty. Moje przeświadczenie wynikło pewnie z czasów kiedy modne było przyjeźdźanie do Polski mieszkańców Rumuni i żebranie na ulicach. Zaznaczam, że nie jestem rasistą i nic nie mam nic do narodowości Romskiej. Rodowici Rumuni są bardzo do nas podobni wydaje mi się tylko, że są niżsi.

 

Jadąc dalej z niepokojem obserwuje wioski i miasteczka. Powódź jakaś czy co? Rowy pełne wody, zalane ogrody, co kawałek widać jak rolnicy wypompowuję wodę z domostw. Wspominam moje zille które zostawiłem w garażu. Stoją tam takie samotne a tutaj będzie mokra jazda. Cieszę się na samą myśl o komplecie zapasowym ubrań zewnętrznych a myśląc o namiocie dostaje dreszczy. Oj będzie się działo.

 

Mijamy Baja Mare, wspinamy się w górę, samochód jest na granicy wytrzymałości. A ja patrząc na te wielkie góry zastanawiam się czy nie lepiej było zostać w domu i pośmigać po Karkonoszach. Góry w Rumuni są wielkie. Przypominam sobie od razu o traku który przygotowywałem. Już wiem, że będzie lipa... Google Earth przyjmą wszystko, kreski z trakiem można stawiać sobie wszędzie nawet po szczytach. Tutaj jednak życie zweryfikuje. Już żałuje, że na mnie padło z tym trakiem...

 

W końcu docieramy pod hotel gdzie czekają na nas Michał i Adam. Na dzień dobry informują nas, że padało już trzy razy od momentu kiedy dojechali. Taaaa i znowu wracam myślami do moich zilli...

 

Hotel puściutki, jesteśmy jedynymi gośćmi. Udało nam się nawet załatwić pokoje koło siebie :) Pani w recepcji mówi cieniutko po angielsku a reszta hotelu ni w ząb. Meldujemy się, prysznic i lecimy do baru na szybką integrację. Po pół godzinie tłumaczenia pani za barem że chcemy 6 szklanek i po interwencji pani z recepcji udaje nam się w końcu zakupić odpowiedni „prowiant”. Niestety język Rumuński jest straszny i nie da rady dobadać się z nimi (poza jednym wyjątkiem „Pan Fratello” ale o tym później.

 

Wspólna kolacja przebiega w miłym i wesołym klimacie. Wszyscy uśmiechnięci i weseli. Z grupy pada hasło, że demokracja demokracją ale osoba decydująca musi być jedna. Pada na mnie. Nie ze względu że to mnie wybrali ale uważam, że był to bardzo dobry pomysł. Unika się potem na trasie zbędnych dyskusji, kłótni i innych dziwnych rzeczy. Wysłuchuje się opinie wszystkich i podejmuje się jedną i ostateczną dla wszystkich decyzję. Biorąc pod uwagę inne grupy pomysł był trafiony. Hmm trochę jestem z siebie dumny że zawsze jechałem przodem i było tak super aż do 5-go dnia ale o tym też poźniej... Wieczorem zamawiamy miejscowy, lokalny obiadek. Pani z recepcji przynosi nam kotlet Montana – czyżby był to jakiś stan w Rumuni :) Michał zaszalał i dodatkowo zamówił „w ciemno” zestaw surówek z karty i dostał – ogórki kiszone. Wszyscy dostają specjalne naszywki (taka mała niespodzianka) z imieniem loginem z forum oraz z logo ATV Polska bo właśnie tutaj zawiązaliśmy naszą grupę. Na spotkaniu ustalamy priorytety na cały wyjazd: ZERO ciśnienia i najważniejsze: zero bezsensownego ryzyka.

 

 

 

 

 

Dzień 1

 

Rano emocje doszły szczytu. W końcu po pół rocznym okresie przygotowań wyruszamy. Jak to nasz kolega Tomek określił: SIĄPI DESZCZ! Błota mnóstwo ale wszystkie gęby uśmiechnięte. Pijany Węgier robi nam zdjęcie przed wyjazdem. Po chyba 10-tym razie nareszcie się udaje ustawić ostrość.

 

 Na początku jedziemy trakiem Maćka. Wjeźdżamy w las i spotykamy zastawiony wjazd. Zakaz wjazdu? Skąd to znamy? Mając praktykę z domu stosujemy mały obiazd i już po chwili pomykamy po szlaku. Warunki pogodowe nam nie sprzyjają. Jest ogólnie bardzo mokro, leje i mnóstwo błota. Drogi są wypłukane przez wodę i robią się tam nawet metrowe koleiny. Już po paru kilometrach wiem, że zaplanowaną trasę bardzo ciężko będzie zrobić ale co tam. Nie to jest najważniejsze. Quad dziwnie się zachowuje. Mam mega ilość pakunków. Myślę, że ze 100-kg plus mój ciężki tyłek i robi się masakra. Można zapomnieć o lekkim manewrowaniu, o zakrętach branych z uślizgiem. Zjazdy i podjazdy jakaś masakra. Quad zachowuje się jak jakiś tankowiec. Ciągnie go we wszystkie strony. Dojeżdżamy do miejsca gdzie mamy oznaczenie „ostry trawers” - i już się boje! Na szczęście ostry trawers jest kompletnie nieprzejezdny. Zrobił się w nim ostry lej. Jedziemy objazdem. Zjazd a raczej sprowadzanie w dół i potem w błocie do góry. Moja wyciągarka idzie w ruch i... lina zwija się pomiędzy silnik a bęben. Blokuje się całkowicie. Chłopaki mnie jakoś wyciągają. Myślę straszna lipa – tyle przygotowań a tu pierwsze kilometry i taki zonk. Co będzie dalej?

 

Zostawiam jej naprawę na najbliższy nocleg. Jedziemy dalej. Trafiamy na trasę z jakiegoś rajdu crosowego. Sprowadzamy quady w dół. Jest mega ślisko. Coś nie tak poszło z quadem Krzyśka i zalicza pierwszego boka – pierwszy chrzest.

 

Tempo mamy ślimacze. Dalej natrafiamy na szlaban w lesie. Nie było możliwości objazdu. Stoimy. Zastanawiamy się nad objazdem. Idą grzybiarze i mówią łamaną angielszczyzną, że przejazdu dalej nie ma. Do dzieła przystępuje Tomek i stwierdza, że przepchamy bokiem quady. Bokiem szlabanu i bokiem kołami. Całą grupą przepychamy jeden po drugim. Nadjeżdżają dwa Suzuki – pewnie leśniczy myślę sobie a quady po drugiej stronie – będzie lipa. Wysiadają mili tubylcy z jednym Duńczykiem. „przyszliśmy polatać tutaj” mówią, „a klucz jest tutaj pod kamieniem”. Całe szczęście, że go jednak ktoś zabrał bo bym się wkurzył. Na zdjęciu nasz videooperator czyli ja :)

 

Ostrzegają nas, że przejazdu faktycznie nie ma ale oni mają objazd. Oni jadą po klucz i umawiamy się na rozwidleniu drug. Nie czekamy jednak a atakujemy górę. Nie po to jechaliśmy 1000 km żeby teraz stać w miejscu. Adenalina jeszcze nas trzyma. Dojeżdżamy do owego pechowego miejsca. Faktycznie jest hardcore. Tomek podejmuje wyzwanie i z asekuracją, mozolnie wprowadzają quada.

 

Po 30 minutach czas na mojego – jako drugiego. Przyjeżdzają jednak owi znajowi jeepami i pokazują nam skrót. To co zobaczyłem jak można jeździć jeepem po górach na długo pozostanie mi w pamięci. Gość nie miał żadnych ograniczeń a sam Bóg chyba wyłączył mu grawitację. Inaczej już by go nie było. Pędzi do góry – czasem cofając aby wziąć większy rozbieg. My na dole pod podjazdem chowamy się za drzewami bo jak będzie rolował to nie na nas. W mojej ocenie jest mistrzem świata! Udaje nam się wjechać za nim pod górę. Mówi, że dalej już sobie poradzimy a on będzie nas spowalniał. Rozdzielamy się. Na zdjęciu nasz przewodnik.

 

Jedziemy na widok (oznaczenie na traku) z którego nic nie widać bo jesteśmy w chmurach i wciąż „siąpi”. Podkręcamy tempo bo czas goni. Po drodze rozglądamy się za jakimś suchym lokum bo do namiotu to by nas wołem nikt nie zaciągnął. Sprawdzamy opuszczone chaty i szałasy, namioty ale wszędzie standard to minus trzy gwiazdki. Natykamy się na wrak gdzie robimy sesję zdjęciową.

 

 W końcu zauważam camping z domkami. Krótka rozmowa z gospodarzem i udaje nam się wynająć trzy mini domki. Jest łazienka polowa i wypasiona restauracja. Dodatkowo umożliwiają nam wysuszenie rzeczy. Pod wieczór następuje najazd Niemieckich Camperów ale o dziwo ani nie są upierdliwi ani szczególnie głośni. Rozmawiamy – biorą nas za myśliwych, oglądają nasze sprzęty. Wieczorna integracja w komfortowych warunkach.

 

 

 

Dzień 2

 

Rano pobudka i widzimy, że będzie na reszcie ładny dzień. Szybka naprawa i przewinięcie wyciągarki. Dowiaduje się od miejscowych, że przez ostatnie dwa tygodnie lało non stop. Wiemy, że będzie masakryczne błoto ale chociaż będzie ciepło.

 

 Dojeżdżamy do Wesołego Cmentarza. Szybka sesja i w drogę. Dodatkowo zapas elektrolitu w sklepie (jak widać nie tylko u nas ursusy są popularne)

 

Po drodze jakiś rolnik nam macha z daleka ale nie mamy czasu aby z nim pogadać. Lecimy dalej. On na wóz i wio koniku pędzi za nami – czekamy. Jedzie ze dwa kilometry. Biedny jest bez nogi ale zdrowo do nas kuśtyka. Tłumaczy nam że teren jest nie przejezdny i kieruje nas na swoje pole celem objazdu. Masakra! Polscy rolnicy powinni pojechać tam na szkolenie. Szybka sesja zdjęciowa, browarek w podziękowaniu i znowu jesteśmy na szlaku.

 

 Widoki coraz ładniejsze, zapierające dech w piersiach, wśród miejscowych budzimy zainteresowanie. Machamy wszystkim celem pozdrowienia jako pierwsi. Uśmiechają się, machają, pozdrawiają - normalnie jakaś sielanka. Tereny coraz ładniejsze. Czyżby to był raj i każdy z nas chciałby tam kiedyś trafić?

 

Trafiamy na pasterzy pasących krowy i owce. Zwierzęta pasą się luzem bez żadnych ogrodzeń. Często wychodzą na drogę. Zawsze zwalniamy aby ich nie przestraszyć. Mamy pokaz psów pasterskich. Jeden gwizdek i psy przeprowadzają gigantyczne stado owiec na jedną stronę polany abyśmy mogli swobodnie przejechać. Znowu postój, browarek w prezencie i sesja.

 

 

 

Błota po drodze jest mnóstwo

 

Wjeżdżamy do lasu i znowu zaczynają się błotne strome podjazdy. Puszczamy Tomka pierwszego. Jadę za nim. Quad rzuca się na boki zatrzymuje się na podjeździe nie może wjechać. Jest dużo błota. Ledwo, ledwo. Paweł w tym czasie robi sobie zdjęcia a ja dostaje zawału. Trafiamy na podjazd, którego wiemy że nie zrobimy. Robimy przerwę, szukamy objazdu. Lipa. Wchodzę na górę. Nogi wbijają mi się w błoto niczym buty narciarskie w śnieg. Podejmujemy decyzję. Cofamy się. Wiemy, że plan już się posypał ale nie jesteśmy tu dla traka a dla zabawy. Improwizujemy. Mamy jakiś podjazd. Może się uda. Potem wpadam w dziurę. Wyciągarka ledwo dyszy. Robimy podjazd do końca. Piękne widoki są naszą nagrodą. Ech pięknie tu.

 

 Piękne widoki dodają nam skrzydeł. Paweł chyba zapomniał, że ma bagaże bo z efektownego bączka na szczycie robi się efektowna boko-rolka, Tomek zapomina, że Honda nie ma hamowania silnikiem i spotyka się z drzewem. Szczęście, że był bumper. Przy powrocie Krzysiek zwiedza dziurę, którą zaliczyłem wcześniej. Koleiny w drogach dają nam popalić i jedziemy bardzo wolno w błocie. Trafiamy na traka. Jest mega mokro.

 

Wjeżdżamy do wioski. Dalej trak prowadzi w góry więc wiemy, że tutaj jest jedyna szansa przenocowania. Nawet u rolnika. W lekkiej nerwówce szukamy jakiegoś lokum. Przed nami staje piękny pensjonat. Zamknięty ale miejscowi pobiegli już po właściciela. Szybko się z nim dogadujemy. Pozwala umyć nam quady, rozpala w kominku, w piecu. Pełny luksus. Ciepła woda, prysznic, ciepełko. Tomek z Pawłem wybierają survivalowy typ nocowania i śpią w namiotach pod pensjonatem. Gospodarz rozpala nam grila na dworze przy altance. W podziękowaniu obdarzamy go polskimi browarami oraz żołądkową. On przynosi butle samogonu. Jest taki ostry, że bliski byłem zwymiotowania. Palił straszliwie. Byli jednak tacy wśród nas co przyjmowali go bezboleśnie... W pensjonacie jest barek i to dobrze zaopatrzony. Gospodarz zabija mnie stwierdzeniem: „zostawiam Wam klucze, rano podejdzie ktoś i je zabierze jak wyjedziecie. Cały barek jest wasz pijcie do woli – rano tylko podliczcie i zostawcie pieniądze na ladzie.” Szuflada w kasie odsunięta a tam plik pieniędzy. Pełne zaufanie. U nas takich rzeczy nie ma. Nawet w erze.

 

 

 

Dzień 3

 

Rano myślę sobie trochę nadgonimy. Wyruszamy zgodnie z planem, żadnych opóźnień. Wstaliśmy wcześniej z Pawłem żeby dokręcić mu obejmę od węża od chłodzenia ponieważ w domu czyścił chłodnice – demontował je i obejma źle się skręciła. Poszło migiem. Znowu jedziemy pod górę. Koleiny, błoto, quady się zsuwają i Tomka quad ląduje w krzakach.

 

Wdrapujemy się mocno do góry. Potem ostry zjazd w dół ale z pięknymi widokami.

 

Za dwie pierwsze godziny robimy 2,5 mili. Próbujemy nadrobić na asfaltach. Wjeżdżamy w wysokie góry. Przejazd blokuje nam ciężarówka ładująca drzewo. Czekamy. Swoją drogą Rumuni wycinają mnóstwo drzew anie widać aby coś sadzili. Spotykamy Czecha na KTM-ie. Przyjechali grupą latają po okolicy. Na szczycie widzimy wąską dróżkę. Jedziemy wysoko pod górę. Po jakiś 80 m jest zatarasowana poprzez duże drzewo. Krzysiek idzie dalej sprawdzić i leżą kolejne. Co prawda Michał przyniósł maczetę ale nikomu nie chciało się rąbać tych „drzewek”. Tomek poszukuje objazdu ale wg mnie jest zbyt niebezpiecznie. Zapada decyzja o zjeździe z góry i objechaniu jej.

 

Spotykamy też „naszych”. Quady mają już zapakowane i jadą do domu.

 

 

 

W górach marnujemy sporo czasu plus powrót objazd i znowu rozglądamy się za jakimś noclegiem. Tym razem wszyscy solidarnie decydujemy się na namioty. Znajdujemy gospodarza i zaraz nad strumykiem rozbijamy obóz. Myjemy quady z Michałem w strumyku. Integrujemy się z tubylcem. O dziwo im więcej różnego rodzaju trunków tym porozumienie pomiędzy narodami wzrasta. Ten rumuński nie jest taki trudny. Jakoś się dogadujemy z Panem Fratello. Częstuje nas swoim medykamentem o wyśmienitym smaku. Na rano obiecuje nam świeże mleko od krowy ale chyba zaspał.

 

Dzień 4

 

Budzimy się. Zimno jak cholera. W nocy był przymrozek brrrr. Zdajemy sobie sprawę, że powoli będziemy musieli wracać w kierunku hotelu. Jedziemy do wioski. Tam robimy naradę. Pytamy się miejscowych a górę na którą chcemy wjechać – nikt nie mówi ani po rosyjsku, niemiecku, angielsku. Gdzieś dzwonią nerwowo. Po kilku minutach przyjeżdża samochód. Wysiada z niego mężczyzna i wszyscy wołają „translator”. Byli na tyle uprzejmi, że wysłali po niego samochód. Okazuje się że przez szczyt nie przejedziemy ale decyzja zapada, że próbujemy. Była słuszna. Z translatorem zamieniam parę zdań. Okazuje się, że jest amerykaninem, mieszka tu od 8-miu miesięcy. Opowiada mi jak go tutaj wszyscy rolnicy goszczą. Nie robi sobie nawet obiadów gdyż codziennie je u innego gospodarza. Ruszamy. Droga wije się serpentynami pod górę. Jest wysoko. Widoki ech... nawet zdjęcia nie oddają w połowie tego co tam zobaczyliśmy. Sami oceńcie. Przed szczytem okazuje się że mieli rację i dalej już nie wjedziemy, wracamy, inną drogą.

 

 

 

 

 

 

 

 

…a w przyszłym roku pojedziemy tam, do Maroka...

 

Jedziemy jeszcze kawałek na południe, potem odbijamy na zachód. Jedziemy przez wioski gdzie stoją drewniane domy z aluminiowymi roletami, zaliczamy każdy strumyk, rzeczkę podziwiamy widoki. Jest pięknie!

 

 

 

Tomek robi w mega głębokiej koleinie klasycznego boka. Szukamy drogi. Zjeżdzam z górki w dół i widzę, że droga jest 50 m ode mnie i muszę przeprowadzić quada po trawersie. Prowadzę wolno, idąc obok. Delikatnie wciskam gaz, Natrafiam na małe krzaki. Co robić? Hmm przecież nie takie badziewia przejeżdżałem! Ruszam. Krzaki podchodzą pod koło i quad fik i leży na mnie. Trzymam go obiema rękami. W dół jakieś 50 metrów. Co robić. Zawołam przez radio o pomoc. Ale gdzie jestem? Udaje mi się wcisnąć przycisk od nadawania ale w tym czasie słyszę Michała, który zagłusza mą dramatyczną prośbę o pomoc pytając się innych o przebieg dzienny. Wciskam ponownie i znowu go słyszę. Mięśnie wiodczeją, czuje jak siły mnie opuszczają. Myślę albo go zaraz narzucę albo żegnaj quadzie. Ostatkiem sił podnoszę go i stawiam. Czuje jak zimny pot spływa ze mnie a to dopiero początek kłopotów. Jakoś zjeżdżam lekko w dół i wołam chłopaków. Przed nami ostre trawersowanie. Widzimy ślady na nich, że ktoś wcześniej miał ostre problemy z ich przejechaniem. Jest tak wąsko, że ledwo quad się mieści. Zjawia się najodważniejszy. Tomek sprawdza, układa gałązki tam gdzie są ubytki w ziemi jakby co miało mi to zatrzymać quada przed fiknięciem. Rzuca tak trochę od niechcenia : „przejedziesz, tam gdzie niebezpiecznie ułożyłem patyczki”. Tomkowi ślepo wierzę więc jadę... Trawers, wąsko, z prawej przepaść a ja jadę. Przednie koło uderza o jakiś wystający korzeń i quad delikatnie zmierza w stronę katastrofy. Ja zamiast zachować zimną krew patrzę jeszcze dodatkowo w dół. Dziwne jest to że w takim ułamku sekundy człowiekowi przychodzi tyle rzeczy na myśl. Mi przyszło „ po co ci to kurwa było, Rumunia! Lepiej było siedzieć na dupie w domu...” Nie wiem jak to się stało ale w jakiś dziwny sposób znajduje się po drugiej stronie. Do dzisiaj nie wiem dlaczego nie spadłem. Następne quady jadą już z asekuracją. Adrenalinka podskoczyła nie powiem....

 

 

 

Dzień 5

 

Rano wstałem pierwszy. Widok mnie zabił. Byliśmy ponad chmurami. Wszystkie miejscowości wokoło utonęły w białym puchu. Coś przepięknego.

 

Ruszamy po przepięknych połoninach. Jest pięknie. Czujemy się wolni. Jedziemy gdzie chcemy. Jest ciepło i miło. Wokoło bezkresny raj dla quadów. Cisza niezmącona cywilizacją. Żadnych fabryk, autostrad tylko przyroda w najpiękniejszej odmianie. W radiu panuje błoga cisza. Jako, że prowadziłem zacząłem się zastanawiać czy owa cisza nie jest spowodowana niezadowoleniem kompanów? Myślę sobie no to trochę utrudnimy i porobimy podjazdy. Jedna łączka, druga łączka idzie jak po maśle. Z daleka wypatruje kolejnej i widzę przepiękne półki trawiaste - ale będzie jazda! Niestety nie widzę do końca podjazdu a tam stromo, próbuje zahamować tankowca ale on leniwie i ospale odkleja się od zbocza i wale nim efektowną rolkę w dół. Plecami walę centralnie w ziemie i powiem Wam całe szczęście, że nie było tam kamieni i że miałem żółwia. Inaczej kiepsko byłoby ze mną. Quad robi gigantrycznego fikoła przeze mnie. Chłopaki pomagają postawić mi go na dole na koła. Ma lekko podbite oko, wybitych parę zębów złamane ręce ale diagnoza jest jedna quad przeżył i pomimo kontuzji da radę dojechać. Rezygnuję z jazdy z przodu. Po namyślę proszę chłopaków aby mi jednak pozwolili jechać na czele. Boję się, że jak zacznę jechać zachowawczo to ta rolka zostanie mi na długo w pamięci i się zablokuje. Wszyscy ci co mieli rolkę wiedzą o czym pisze. Ruszyłem aby jak najszybciej zapomnieć o tym zdarzeniu.

 

Po drodze napotykamy świetny strumyk i postanawiamy pojechać nim w górę ile się da. Było świetnie aż do momentu utopienia Hondy. Quadzik się zsunął razem z Adamem do wody. Wszyscy wyciągnęli aparaty i robili zdjęcia a biedny Adam skurczowo trzymał się kierownicy. Trzeba było wyczyścić i wysuszyć filtry i airbox. Wskoczyłem w końcu do wodu na pomoc i byłem cały mokry. Przy przebieraniu się postanowiłem wziąć sobie kąpiel zimnym strumyku. Lans na całego! Po tym kapaniu quada - najlepsze było stwierdzenie Michała: „kiedy Tomek wjeżdża do strumyka i ma wodę do lamp to nasze quady w tym miejscu toną”

 

Trochę błądzimy, wjeżdżamy pewnej Rumunce przez jej sad pod dom. Ona macha do nas, żebyśmy tam nie jechali dalej. My się upieramy. Okazuje się, że przewróciło się drzewo i nie ma przejazdu. O to jej chodziło. Wracamy jej sadem z powrotem gorąco się nawzajem pozdrawiając.

 

Dzień kończymy w rumuńskiej restauracji zamawiając kolejną lokalną specjalność tym razem to jakaś mamałyga i kotlet o smaku przypominającym „montanę”. Restauracja wypasiona ale drugie danie kiepskie. Wracamy do hotelu po ciemku. Patrząc na odstające plastiki w moim Rinconie, który w dodatku po drodze się zaczął rozpadać - zapada decyzja, że ja z Krzyśkiem wracamy rano do domu a chłopaki jeszcze parę godzin pojeżdżą po okolicy.

 

Czas na krótkie podsumowanie:

 

Dlaczego warto tam pojechać?

 

wspaniali i uczynni ludzie, bezinteresowni mili i uprzejmi

 

przyroda, widoki, klimat

 

wolność

 

bezkres terenów do quadowania

 

nie da się tego opisać

 

Co bym zmienił przy następnej wyprawie:

 

noclegi w pensjonatach – zainwestowanie w systemy antykradzieżowe quadów, spanie w małych pensjonatach a nie w dużych hotelach mniej gratów o ¾ : brak namiotu, śpiwora, zapasowych ciuchów, gazówek, picia, krzesełek, stolików, żarcia - zupełnie inna jazda w terenie odpuściłbym sobie traka, jechać „mniej więcej”, kiedy nie musieliśmy się go trzymać było wygodniej, mniejszy stres, mniejsze straty czasowe ale nie twierdzę, żeby jechać bez jakiegokolwiek planu i bez Gps-a

 

Co się sprawdziło najbardziej:

 

Ludzie ode mnie z grupy, team to podstawa, nikt nikomu nie odebrał przyjemności z pobytu w górach, oczywiście, że były dyskusje ale nie kłótnie. Rozmowy kulturalnych ludzi.

 

Byliśmy bardzo zorganizowani. Zawsze jechaliśmy w tym samym szyku. Dokładnie wiedziałem kto zamyka kolumnę i nie musiałem wołać wszystkich przez radio czy są. Wystarczyło zapytać: „Paweł jesteś?” i wiedziałem, że kolumna jest w komplecie. Ustaliliśmy czas i godzinę postoju – drugiego śniadania, ustaliliśmy dokładną godzinę wyjazdu rano z obozu, nikt się nie spóźniał, nikt się nie ociągał, tempo było do przyjęcia dla wszystkich. Każdy mógł się zatrzymać na siku czy inne sprawy i nie było z tego powodu pretensji. Kurcze fajna z nas grupa!

 

Wspaniale spisują się środki łączności. Wydaje mi się, że przy grupie powyżej czterech quadów to wręcz obowiązek.

 

Bardzo dobre przygotowanie maszyn przed wyjazdem. Awarie nie zatrzymały nas ani razu.

 

Pora roku: wrzesień jest super, nawet jego końcówka (chyba że leje)

 

Koszty:

 

wydałem 200euro na miejscu plus podróż przygotowania - jakby się żona dowiedziała ile to by zawału dostała:) zatem cicho sza! Ceny jak w Polsce

 

Awarie i uwagi dot. sprzętów:

 

Awarie Quadów – BRAK (wszystkie quady przeszły przed wyjazdem bardzo ale to bardzo szczegółowy przegląd i wszystkie możliwe luzy, braki zostały naprawione)

 

z osprzętu: u mnie wyciągarka – moja wina, źle ją zwinąłem

 

Paweł obejma – źle skręcona w domu zaraz przed wyjazdem

 

Na taką wyprawę Hondy wymagają utwardzenia przedniego zawieszenia bo mocno dobijają, obowiązkowe osłony spodu quada!

 

Wypadki: Ja – rolka Krzysiek – bok Tomek – drzewo i bok Adam – zatopienie quada Paweł - boko-rolka Michał – szczęściarz

 

Paliwo: 10 litrów zapasu – wystarczy

 

Alkohol: tak, był wieczorkami, jest on jednak dla ludzi mądrych i potrafiących oddzielić wypicie pod humor, dla towarzystwa od spicia się jak świnia

 

Na szczęście - my nie mieliśmy z tym najmniejszego problemu.

 

opony: mocne i wytrzymałe typ bighorn

 

Czy wrócę tam: jest to oczywiste, kwestia tylko czasu

 

Dziękuje wszystkim uczestnikom PingwinSquad-u za imprezę. Liczę już dni do następnego wyjazdu. Oczywistym jest, że jedziemy wszyscy w tym samym składzie. Dziękuję Wam również za udostępnienie zdjęć do tej „krótkiej” relacji.

 

Facebook